Ochroniarz i zabawa w zgadywanki

Czasami jak wchodzę do samoobsługowego sklepu, to przez głowę przemyka mi myśl: „Zachowuj się normalnie”. Bo kiedy mam na sobie kurtkę i protezę ręki, wtedy widać, że rękaw jest dziwnie sztywny. A niektórzy ludzie, ze mną na czele, mają ciekawą wyobraźnię. I wydaje mi się, że na przykład taki ochroniarz może pomyśleć, że skoro rękaw jest sztywny, to ta panna… <zmrużenie oczu> ta panna może coś w ten rękaw schowała? Ochroniarz na pewno już nie takie rzeczy widział. Może i absurdalnie brzmi, ale ten kto kiedykolwiek starł się z podejrzliwym wzrokiem ochrony, a totalnie nic nie zrobił, to wie o co chodzi. I tak było tym razem.

Młody kasjer kończył kasować zakupy osobie przede mną. Wtedy powolnym, ospałym krokiem skądś wyłonił się ochroniarz. Taki bardzo wyprostowany, grubo po 40stce. Przystanął przy kasie. Osoba przede mną akurat zabrała zakupy. Moja kolej.

Chłopak na kasie pykał te produkty, ja je wrzucałam do plecaka. A ochroniarz patrzył bacznie mi na ręce. Na OBIE ręce. Poczułam, że coś nie gra i zaraz pójdzie jakaś drama. Pewnie chodziło mu o ten sztywny rękaw, że coś tam włożyłam i on zaraz wszystkim pokaże, jak się łapie na gorącym uczynku niegrzeczne dziewczynki. A wtedy ja mu pokażę, że proszę bardzo, panie kierowniku, proszę zobaczyć – to jest proteza i nic więcej tu nie ma i jak śmiesz dziewczynę i to jeszcze niepełnosprawną – o takie rzeczy oskarżać i na takie nieprzyjemności narażać! Że bój się Boga i kończ, idź pan i wstydu sobie oszczędź. I na przeprosiny poproszę za darmoszkę storczyka. Interes życia.

Kasjer właśnie skasował mi ocet.

– No i co teraz? – odezwał się nagle ochroniarz takim tonem, jakby był wielkim i mądrym starej daty panem w szkole, a ja i ten chłopaczek zza kasy takimi łobuzami, którzy właśnie nabroili.

Zdziwiona, że tak się do mnie odezwał, a ja już swoje lata mam i jednak bez kitu, proszę z szacunkiem troszeczkę, podniosłam głowę. Ochroniarz patrzył na mnie dość karcąco i cwaniakowato, bo ma rację. Spoko luz. Ale w czym?

– Słucham? – zapytałam spokojnie, bo tylko spokój mógł mnie uratować.
– Co teraz?
– Ale co?
– Co teraz? – powtórzył.

Cisza. Nic więcej. Skołowałam się.

– Ale.. to do mnie? Mam coś zrobić? – dopytałam. Czy to chodzi o ten rękaw, czy o co w końcu chodzi?
– Nie – odpowiedział ochroniarz ironicznie i w końcu odwrócił wzrok na chłopaka zza kasy. – Do kasjera.

Powędrowałam więc pytającym wzrokiem na chłopaka.

– Bo… – zaczął kasjer.
– Ocet ma 10%! – wyręczył go ochroniarz, dlaczego jesteśmy tacy niedomyślni?!
– No… okej – wzruszyłam ramionami, bo co mnie obchodzi ile procent ma ocet. Zabrałam go z lady do plecaka. – A wino ile ma? – zerknęłam na „mój” alkohol w kolejce.
– 12% – z automatu strzelił ochroniarz.
– Okej, no i…? – przystanęłam. Zgadywanka przekozacka.

Cisza… nikt łaskawie się nie odezwie, samemu trzeba się domyślić. A jednak nie! Nagle nieśmiało w moją stronę nachylił się kasjer.

– No… ja panią… przepraszam – powiedział cicho. – Ale poproszę dowód. Bo nie powinienem octu…
– Słucham? – prawie wybuchnęłam śmiechem.

I układanka ułożyła się sama. Ochroniarz zobaczył w kamerze, że na ladzie dziewczyna położyła 10% ocet <brawa za znajomość produktów>. Podszedł, czekał cicho jak tygrys, aż rozwinie się sytuacja. Poszło źle – kasjer najpierw powinien sprawdzić czy mam 18 lat i dopiero skasować ocet – bo ja tylu lat nie mam, kłamczucha. Eh, a ja naiwnie cały czas myślałam, że to moja proteza jest bohaterem akcji!

Nie wzięłam ze sobą dowodu. A skoro go nie mam, to nie mogę kupić octu – mimo, że już go wrzuciłam do plecaka i nikt nie kazał mi go wyjmować. Ale to nie koniec!!!1!111 Wino zostało skonfiskowane tuż przed moim nosem. Kasjer okazał się być prawdziwym łobuzem i tym razem prawie wybuchnęłam śmiecho-płaczem, bo ocet to tam pal sześć, ale wino? Widząc, że kasjer dobrze pracuje – ochroniarz odszedł, na pożegnanie rzucając karcące i poirytowane spojrzenie chłopakowi i mi. Zachciało się octu dziewczynce kupować, jeszcze by się nim upiła.

Co jak co, ale o wino to ja będę się bić! Resztkami mózgu wykminiłam, żeby jednak sprawdzić kieszonkę plecaka, w której zazwyczaj nie trzymam dowodu. I on tam jednak był! Palcem musiałam pokazać datę kasjerowi, bo nie widział w ogóle tej daty, co trzeba. Przejął się biedny chłopaczyna, ale wcale mu się nie dziwię. Na do widzenia rzuciłam nowemu koledze, że dziękuję, bo zrobił mi świetny wieczór <że niby jestem taka młoda, huehue> i coś tam jeszcze zbajerowałam.

Dlatego wnioski:

1. Podziękowanie kasjerowi było dla mnie oznaką, że oto schodzę z tej biedronkowej sceny jak zwycięzca, elegancko i niepokonana.
2. Jak ktoś chce, to się przywali. Takie zachowanie nazwę po tej akcji zachowaniem „na ocet”.
3. Jak ktoś chce dramy, to drama będzie i nikt nie ma nic do gadania.
4. W zasadzie to fajnie, że wyglądam dla niektórych na dzieweczkę. Mam szansę na ohajtanie się z bogatym i przypadkiem wiekowym generałem i odziedziczyć spadek. Tyle nowych rąk mogłabym za to kupić… i urządzić nowy pokój na te wszystkie protezy… oesu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *