O modelingu, zawale i iskrzeniu złotej protezy pod odpowiednim kątem

Całe psoty zaczęły się od tego, że strona organizacji, w której pracuję będzie miała nową wizualkę. Czyli oto nadchodzi ona, nowa strona! Będzie się działo, będzie radośnie, świeżo, przejrzyście, minimalistycznie, coś tam… coś tam. I ktoś wpadł na pomysł, że na tej naszej nowej stronie powinny znaleźć się fotosy absolutnie wszystkich pracowników. Hahah, no! Chyba nie.e. Zdecydowanie nie.E!

Na trzech obrazkach jest narysowana czarno-złota proteza, przedstawiona jako żywa, świadoma postać. Stoi w pionie, na dłoni. Na pierwszym obrazku proteza stoi podpierając boki małymi rękami. Na drugim trzyma w dłoni dolara, pieniądze spadają w okół niej z nieba. Na trzecim zrzuca czarne części, świecąc złotem.

 

Najpierw był „spisek”

Chciałam się z tego pomysłu wykręcić. Miły kolega, odpowiedzialny za ogar akcji z fotami, nazwijmy go Dżej-Dżej, odesłał mnie z tą sprawą do mojego Szefunia, a Szefuniu z kolei do Prezes – Szefowej wszystkich Szefów. Byłam tym faktem taka „hop do przodu”, że zostawiłam to na ostatni dzień przed zdjęciami. I jak to u mnie sprzyjająco bywa, okazało się wówczas, że Szefowa wszystkich Szefów jest cały dzień na spotkaniach, ale może wróci przed 17.

Czekałam. Po 16stej najpierw zadzwonił telefon z istotną sprawą i wciągnęłam się w rozmowę, zapominając o zdjęciach. Gdy skończyłam, wróciłam na miejsce, a Szefuniu – to dobry człowiek jest – poinformował mnie „nieironicznie”, że Szefowa wszystkich Szefów już jest w biurze. I że mogę iść załatwić sprawę. Powinnam się nawet pośpieszyć, bo zostało mi 30 minut do magicznej godziny 17:00, czyli końca roboty. Mówiłam, że to dobry człowiek. Szefuniu powiedział też zaraz: „Bo wiesz Andżela, zauważyłem taką rzecz w tym roku…” i zaczął mówić o swojej refleksji na temat samotności osób z niepełnosprawnością. Przypadek?

Tak się wciągnęłam w rozważania, że nie zauważyłam która jest godzina. I akurat zakończyliśmy nasze teoretyzowanie punkt 17:00:00 – wybił koniec roboty. Przypadek? Tja… Wiedziałam już, że bańka komfortu ostatecznie prysnęła. Choć z drugiej strony czułam to wyzwanie, które pcha się mocno na moje zderzaki i że kurde, luz Mała, będzie dobrze, nowe doświadczenie, że to tak jak kiedyś w przedszkolu na występach – średnio chcesz brać w tym udział, ale potem spływa na ciebie gloria blasku i chwały.

„Blasku…? No dobra – pomyślałam – niech się dzieje wola Boga, z nią się lepiej zgadzać trzeba. Ale jeśli tak to wygląda, to bardzo proszę, ja im tu wszystkim pokażę. Pójdę w mojej zarąbistej czarno-złotej protezie, to dopiero będzie blask. Niech podziwiają!”

I taka trochę z zaciętą miną poszłam rano następnego dnia na zdjęcia indywidualne.

Stresowałam się trochę na miejscu. Trochę bardziej. Ale na szczęście Pani charakteryzatorka sama z siebie zaczęła ze mną rozmawiać i trochę mi przeszło (nie wiem, czy ta Pani kiedykolwiek to przeczyta, ale DZIĘKUJĘ). A ogólnie dzięki temu, że odreagowuję śmiechem na nerwy, na samych zdjęciach było nawet spoko i nikt zbytnio nie zauważył mojego stresiorka. No… może oprócz tego, że jak nigdy robiłam show i gwiazdorzyłam… do końca dnia i pół dnia dłużej. Ale wszyscy zarówno tam na miejscu, jak i moje ziomki po moim powrocie do pracy, mi to wybaczyli. W końcu jestem niepełnosprawna, to mogę, co nie? Chciałam też dzięki temu gwiazdorzeniu zgromadzić trochę Snikersów, ale niestety, nikt o tym nie pomyślał…

„Złoto, ale skromne”

Po całej tej akcji i psotach na zdjęciach indywidualnych i grupowych, stwierdziłam, że okej. Koty za płoty, otrzaskałam się, było spoko, więc mam w planie zgłosić się do nowej edycji Tap Madl i studiować aktorstwo. Stay tuned.

Przy okazji Dżej-Dżej, bardzo miły człowiek, napisał nam w pracy podsumowującego maila, w którym zawarł taki fragment:

„(…) Z tego, że nie czekał tam na nas kufer pełen złota, płynie nauka dwojakiego rodzaju:

  • bajki trzeba czasami włożyć między bajki
  • nie wszystko złoto, co się świeci

Bo złota nie było, ale myślę, że zabawa była przednia i warta świeczki 🙂 ”

I pomyślałam, że no jak to tak. Czy on żartuje?! Napisałam oburzona i trochę rozczarowana, bo przecież byłam w czarno-ZŁOTEJ ręce, która świeci po oczach. A on tego… nie zauważył? Czy ktoś więc w ogóle zauważył? Co to ma być? Po co tak się mizdrzyłam na tej sesji, szczerzyłam ząbki, machałam ręką to tak, protezą to siak?

„Chcę sprostować. Złoto było. Moja ręka jest czarno złota. Ale widzę, że nie zauważyłeś, meh.”

Na co Dżej-Dżej odpisał, wyraźnie przejęty:

„Oszzzzty, faktycznie! Przecież nie wszystko złoto, co się świeci!”

Czas spalić ten most. No jak nie, jak tak. Odpisałam więc:

„Świeci się pod odpowiednim kontem.
Bankowym xD”

AH. Śmieliśmy się z tego już do końca dnia. To znaczy ja się śmiałam. Bo najlepiej każdy się bawi w swoim towarzystwie.

A przy okazji, myślicie, że tę historię uda mi się umieścić w jednej z tych zabawnych rubryk we wściekle kolorowych magazynach, gdzie przewracając stronę drzesz jednocześnie „oryginalnej jakości” papier?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *