Cham i prostak

Poranna kontrola w metrze.

Kanar ogarnia mój żółty bilet (bezpłatny) i legitę o niepełnosprawność. Akurat wjeżdża pociąg. Wiatr romantycznie wieje mi grzywę na oczy. Akurat wtedy kontroler oddaje mi własność. Przygląda się, co robię.

Prawą ręką biorę dokumenty, przykładam je przy lewym cycu i przytrzymuję protezą, żeby mi nie wypadły. Poprawiam zwinnie grzywę, by przestać wyglądać jak parodia dziewuchy z Ringu.

– Gdybym to wcześniej zobaczył to bym pani nie kontrolował – słyszę nagle od złotego kierownika kontrolera.

Zerkam na niego z zaspaną miną, bo to rano przed 10tą było, myślę „Panie, ale o so panu cho?”. Szybkie łączenie i… aaaah ta proteza. I te ludzkie emocje!

– No to super. Chodzi o to, żeby nie było widać – rzucam bezmyślnie.

– No tak… no tak… ale naprawdę, gdybym wiedział, nie podchodziłbym. Przepraszam panią bardzo – powoli wymawia ostatnie zdanie. – I życzę udanego dnia.

Ja patrzę na niego, nie do końca wierząc, że koleś mnie przeprasza za wykonywanie swojej roboty. On patrzy zakłopotany na mnie. Ja patrzę na niego i gęba mi się zaczyna śmiać z ironii. On wciąż patrzy na mnie. I wiecie… patrzy i nic więcej nie robi.

– Nawzajem – kiwam głową.

Wchodzę do pociągu, łypiąc kątem oka na kierownika, który wchodzi do tego samego wagonu co ja, tylko w drzwi obok. Mam jeszcze resztki płonnej nadziei, że Pan kanar przynajmniej na koniec jeszcze rzuci się przede mną na kolana przepraszająco, żałując za swą winę. Haniebną.

Wiecie co. Nie klęknął nawet. Po prostu cham.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *